Niegodny fartuszka

boy_reflektorem

Zdaje się, że wolnomularze okresu II Rzeczypospolitej popełnili wielki błąd odrzucając kandydaturę Boya. Wszak w szerokości horyzontów, walką z zacofaniem, utartymi, obiegowymi poglądami był im bliski. A do tego, do chwili obecnej, jego książki: przekłady zbiory felietonów, szkiców i studiów ukazały się w sumie w nakładzie około 5 milionów egzemplarzy. Któż więc z polskich masonów mógł w tak rozległy i docierający do wielu sposób walczyć o ideały wolności i tolerancji. Z dzisiejszego punktu widzenia Żeleński byłby idealnym wolnomularzem.

W roku 1922 liczba dzieł literatury francuskiej przełożonej przez Tadeusza Boya Żeleńskiego wynosiła siedemdziesiąt tomów. Zaś już w roku 1929 ukazała się setna pozycja w jego tłumaczeniu. Z tej okazji zrobił sobie zdjęcie-pocztówkę, na której podtrzymuje wyższy od siebie stos książek, przetłumaczonych przez niego na język polski. Ukazywały się one jako Biblioteka Boya, co w dziedzinie tłumaczeń było rzeczą bez precedensu. Zważywszy, że pierwszego przekładu Małe niedole pożycia małżeńskiego Balzaka dokonał w roku 1910, był to trud pisarski olbrzymi – około pięć książek rocznie.

Nic dziwnego, że takie tempo pracy przekładowej musiało wzbudzać zawiść i niechęć powolnych, działających z namaszczeniem filologów i naukowców. Z zazdrością i jawną niechęcią patrzyli na człowieka, który posiadając wykształcenie zaledwie lekarskie, ośmielał zakradać się do ich ogródka, odbierać im chleb, a nawet pouczać.

„Boy narażał się – pisze w ciekawej opowieści biograficznej Wojciech Natanson – w związku z przekładami i sprawą literatury francuskiej na ostre polemiki nawet ze sferami naukowymi. Stwierdzał na przykład, że w naukowym wydaniu Pism Mickiewicza, dokonanym pod firmą uniwersytecką, źle przełożono pewne zwroty francuskie, jakich używa Senator. Co więcej zdarzyło się, że jeden z profesorów Uniwersytetu nazwał w salonie krakowskim Boya – błaznem. Autor Flirtu z Melpomeną zadał sobie trud, by zbadać, ile pomyłek popełnił, ile nieznajomości rzeczy wykazał ten humanista (i jego koledzy), pisząc o wielkich pisarzach francuskich. „Czas” nie bez Schadenfreude zamieścił ów złośliwy, ale faktami poparty felieton. Od tej chwili zaczęła się wojna Boya z polonistami, przy czym w pewnych wypadkach oddawał im jednak sprawiedliwość a najsurowiej przezeń wyśmiany prof. Ignacy Chrzanowski, jak wykazuje korespondencja pisarza, wspomagał go potem książkami.”

W ten ostatni fakt, poparty dokumentami, nie sposób wątpić. Jednakże stanowisko Chrzanowskiego należy bardziej przypisać jego wielkoduszności, niż chęcią Boya załagodzenia wojny jaką toczył. Właściwie nigdy nie zaprzestał wykpiwania, ośmieszania i wykazywania wielu uznanym sławom naukowym, że nie tylko popełniają błędy i pomyłki, lecz także wyciągają naiwne bądź wręcz nonsensowne wnioski w dokonywanych przez siebie analizach literackich.

Zresztą wcale się nie krył z tym, że idzie do ataku, że ostrzeliwuje z broni lekkiej i najcięższej literaturę, a przede wszystkim naukowców okopanych na swych filologicznych pozycjach. Przyznawał się do tego bez żenady: „Mieliśmy ostre zęby, nie bardzo mieliśmy co gryźć – ówczesne życie galicyjskie było tak mizerne… To co było w sferze teatru, sztuki, literatury ogryźliśmy do kostki”. A jednocześnie, mimo wielu ataków, prób podważania jego dorobku, pozycja Boya coraz bardziej się gruntowała, zyskiwała uznanie nawet w środowisku, które atakował, to jest wśród naukowców: “W 1922 roku Wacław Borowy poświęcił działalności przekładowej Boya dłuższe studium drukowane w „Przeglądzie Warszawskim”. Fakt ten wywołał pewne zdziwienie; w kołach literackich, przy całym uznaniu, nie uważano Boya za „problem”.

Studium Borowego rozgraniczyło jakby dwie fazy działalności Boya. W ciągu niespełna dziesięciu lat w pozycji pisarza zaszedł zwrot zasadniczy. Dotychczas na pograniczu literatury, spostrzega się naraz w jej centrum, dystansuje innych pisarzy.

W uzupełnieniu do Współczesnej literatury polskiej Feldmana w roku 1928 Stefan Kołaczkowski nazywa Boya „największym współczesnym literatem”, zachowując zresztą w stosunku do niego sporo rezerwy. W kilka lat później redaktor wileńskiego „Słowa”, Cat-Mackiewicz stwierdzał, że Boy-Żeleński zajmuje właściwie pozycje taką, jaką w swoim czasie zajmowali kolejno Sienkiewicz i Żeromski, jest najbardziej podziwianym i najgwałtowniej atakowanym autorem współczesności.

„(…) Osiągnął tę pozycję zupełnie nieoczekiwanie dla samego siebie. Wszak miał zostać lekarzem i uprawiać zawód do którego nie miał zbyt wielkiego zapału. Sam to zresztą szczerze i bez osłonek wyznaje: „Miałem już trzydziestkę, kiedy zabłąkałem się do »Balonika«. Byłem od lat kilku lekarzem, asystentem kliniki, mordowałem się nad pracą habilitacyjną, jako że szanujący się człowiek nie mógł zostać w Krakowie czym innym jak profesorem uniwersytetu. Gdyby nie »Balonik« męczyłbym się z pewnością całe życie w fałszywie obranym zawodzie, nigdy nie dowiedziałbym się o swym istotnym powołaniu”.

Przyczyny swej literackiej kariery określa Boy w sposób zabawnie lekarski i kpiarski, jak przystało na wszystkie jego polemiczne teksty: „Bardziej leży mi na sercu pewne fachowe zwierzenie wobec kolegów lekarzy. Cierpię mianowicie na okresową bradykardię, to znaczy zwolnienie tętna. Kiedy puls spada do 48 na minutę, doznaję dziwnego uczucia, jak gdyby życie zastygło we mnie w jakiś letarg, i wtedy instynkt samozachowawczy pcha mnie w kierunku pobudzenia go za wszelką cenę. W takiej chwili czuję się zdolny do wszelkiej perwersji, do zbrodni niemal, byle się wyrwać z tego niemiłego stanu. Często wyładowuje się to jakimś zaczepnym felietonem (…) robi się mała awantura; po czym puls osiąga swoje prawidłowe 72″.

Nic też dziwnego, że publicystyczna walka Tadeusza Boya-Żeleńskiego o świadome macierzyństwo, możliwość rozwodów i przeciw różnym zachowawczym emocjom kleru i hierarchii katolickiej, ściągnęła na niego w II Rzeczypospolitej zaciekłe, niewybredne ataki prasowe prawicy oraz próby bojkotu jego spotkań autorskich i odczytów. Sugerowano, że jego felietony a szczególnie publikacja szkicu krytyczno-polemicznego pt. Dziewice konsystorskie, zrodziły się z inspiracji masonów.

Na zarzut przynależności do wolnomularstwa odpowiedział w jednym ze swych felietonów: „Nie jestem masonem. Była chwila, że miałem ochotę nim zostać, tak mnie szarpano z prawa i lewa, że myślałem sobie – trzeba do kogoś należeć, gdzieś głowę skłonić. Ale ani rusz nie mogłem trafić do miejsca, gdzie się wstępuje na masona. Dowiedziałem się o tym dopiero w Paryżu, skąd wróciłem uzbrojony w poważne rekomendacje francuskiej loży: u nas masony nie chciały mnie za swego. Nie jestem dla nich dość poważny”.

Przyczyną odrzucenia kandydatury Boya przez polskich wolnomularzy nie był, jak należy sądzić, brak powagi. Wyjaśnienie to jest subiektywną oceną Żeleńskiego, a żeby być bardziej precyzyjnym – chwytem felietonowym, która to forma dziennikarska dopuszcza wielką dowolność skojarzeń autora.

Sprawa nieprzyjęcia Boya do loży miała niewątpliwie głębsze przyczyny, niż niechęć do „braku powagi”. Wszak Żeleński walczył o tolerancję, o prawa kobiet do decydowania o swym losie, a jego publicystyka, choć ostra i nieraz zaprawiona inwektywami, służyła obiektywnie realizacji praw człowieka. Wszak miał rekomendację jakiejś francuskiej loży. A nie sposób podejrzewać, że powołując się na to polecenie Francuzów, rozminął się z prawdą. Mógł dowolnie interpretować przyczyny odrzucenia swej kandydatury przez polską lożę, jednak na pewno nie skłamał, gdy chodziło o fakt rekomendacji francuskiej.

Cóż więc było przyczyną tak bolesnej dla Boya decyzji negatywnej? We współczesnym, a także ówczesnym odczuciu, spełniał wszelkie warunki, aby być inicjowany w loży. Niestety o prawdziwej motywacji odtrącenia Żeleńskiego przez masonów i przyczynach tej decyzji chyba się nie dowiemy. Osłania je tajemnica wolnomularska.

Spróbujmy jednak pospekulować i, niczym Sherlock Holmes, drogą dedukcji dojść do sedna sprawy. Oczywiście będą to tylko bardziej lub mniej prawdopodobne domniemania, a nie obiektywna prawda. Jedną z dość prawdopodobnych przyczyn odrzucenia wniosku Boya mogła być zasada, że to nie zainteresowany prosi o przyjęcie go do „zakonu”, ale loża, bądź bracia, proponują mu wstąpienie. Drugą możliwością, mogła być obawa zaostrzenia konfliktów z Kościołem oraz konserwatywno-zachowawczymi kołami społeczno-politycznymi. Wreszcie trzecia, wysuwana dzisiaj przez niektórych polskich wolnomularzy, to dość dowolna teza o tym, że Boy, mimo wielkiego talentu literackiego, szczególnie objawiającego się w tłumaczeniach, był człowiekiem niepoważnym, wybuchowym. A nawet, jak niektórzy przesadnie oceniają, człowiekiem nieobliczalnym. Mają tu zapewne na myśli nieraz ostre inwektywy, jakimi posługiwał się w publicystyce i felietonach.

Z tym ostatnim poglądem zda się korespondować opinia Francka Louisa Schoell’a o Boyu: „…potrafi unosić się i jednocześnie śmiać się ze swoich uniesień. Albowiem ma on poczucie humoru, lubi śmiać się i rozśmieszać innych, jest pełen fantazji, wszystkie paradoksy zachwycają go”. Fakt ten zdaje się potwierdzać wydawany od 1913 roku po dziś tomik wierszy i piosenek kabaretowych z „Zielonego Balonika”. Sam Boy był zdumiony niesłabnącą popularnością owych, zdawałoby się, tak ulotnych utworów A może ich siła i poczytność tkwi właśnie w dowcipie i humorze, które często w naszym społeczeństwie identyfikowane są z brakiem powagi i poczucia odpowiedzialności.

Zdaje się, że wolnomularze okresu II Rzeczypospolitej popełnili wielki błąd odrzucając kandydaturę Boya. Wszak w szerokości horyzontów, walką z zacofaniem, utartymi, obiegowymi poglądami był im bliski. A do tego, do chwili obecnej, jego książki: przekłady zbiory felietonów, szkiców i studiów ukazały się w sumie w nakładzie około 5 milionów egzemplarzy. Któż więc z polskich masonów mógł w tak rozległy i docierający do wielu sposób walczyć o ideały wolności i tolerancji.

Dorobek Żeleńskiego jako pisarza, polemisty i tłumacza był doprawdy imponujący. Sam swoim nakładem wydał 100 tomów tłumaczeń literatury francuskiej, przyswajając czytelnikowi polskiemu dotąd nieznane dzieła najwybitniejszych autorów Dziś biblioteka przekładów Boya liczy prawie 200 tomów. Zdobył się nawet na przedni dowcip. Przetłumaczoną przez siebie Rozprawę o metodzie Kartezjusza kazał opatrzyć opaską „Tylko dla dorosłych”. Książka została wykupiona w ciągu paru tygodni. A sławny filozof nie miał nigdy tylu czytelników w Polsce, co wówczas.

Jan Mott, wybitny krytyk, tak oceniał Żeleńskiego i zalety jego twórczości: „Boy był świetnym pisarzem. Jego przekłady świadczą o zadziwiającej wszechstronności stylu. Sam pisał jasno i zrozumiale, obrazowo i konkretnie; pisał tak, jak się mówi, albo raczej tak, jak się powinno mówić. (…) Dowcip, logika i namiętność – te najpiękniejsze cechy stylu – odnajdujemy u Boya. Był najświetniejszym przedstawicielem gatunku, tak rzadko u nas uprawianego, jak krytyczny i publicystyczny essay gatunku łączącego namiętność i intelekt. (…) Do najdonoślejszych jego wystąpień należy walka z tradycyjną historią polskiej literatury. Sam Boy ochrzcił ją nazwą „walka z brązownictwem”. (…) Ci z naszych uczonych (…) potrafili za to śmiertelnie zanudzać i upupić naszą literaturę. Boy walczył skutecznie i z hagiografami, i z nudziarzami. Zarzucano mu, że przeceniał znaczenie plotki biograficznej. Jest w tym trochę racji, ale tylko trochę. Boy szukał w dziełach pisarza prawdy o życiu i epoce. Na miejsce gipsowego posągu pokazywał żywego człowieka chodzącego po ziemi, a żywy człowiek, to było właśnie to, czego się najbardziej obawiali hagiografowie, nudziarze i mistycy”.

Boy tropił uporczywie wszelkie fałszerstwa, przemilczenia i dążności do skrycia niewygodnej dla historyków prawdy za pięknymi słówkami i gestami urażonej dumy. Na przykład w tłumaczeniu z francuskiego na polski listów pana de Noyers do królowej Marysieńki Sobieskiej – Marii Ludwiki nadawca pisał w oryginale francuskim, że w pokoju króla Jana III „rozmawia się tylko o wszeteczeństwach” (on ne parle que de luxure), a Boy stwierdził, że zwrot ten został przełożony na: „w jego pokoju nie rozmawiają o niczem, jak o piśmie świętym”.

Na dowód słuszności poglądów Boya o odkłamaniu literatury i historii przytacza Jan Mott historię o synu Adama Mickiewicza – Władysławie. Kiedy przyjechał on po raz pierwszy do Polski, Maryla Puttkamerowa, dama w sędziwym wieku, poprosiła go o spotkanie. Chciała Władysławowi opowiedzieć, co naprawdę zaszło między nią a Adamem Mickiewiczem oraz przekazać po nim pamiątki.

Na to potomek wieszcza odpowiedział krótkim, acz przerażającym w swej wymowie listem:
„Łaskawa Pani!
Z osobą, która postąpiła tak niegodnie ze św. pamięci Ojcem moim, nie
mogę utrzymywać żadnych stosunków
Władysław Mickiewicz”

Zupełnie inaczej ocenia Boya, choć nie szczędzi mu formalnych pochwał, nieżyjący już Adam Grzymała Siedlecki, literat związany z endecją, sympatyk konserwatywnej prawicy: „Pośród pierwszorzędnych pisarzy czasu między dwoma wojnami – pozycja to jedna z najsporniejszych. Powiedzmy nawet: zdecydowanie najsporniejsza. Spór nie tyle między jego entuzjastami a przeciwnikami, ile między jego zaletami a błędami. A wszystko na krańcową niemal miarę: skala entuzjazmu, jaki budził, talent pisarski, zdobycze, jakie przyniósł ogładzeniu literackiemu, krzywdy jakie poczynił naszym pojęciom i zasadom.

(…) Ale bądźmy sprawiedliwi żadne koniunkturalne dane, żadne zewnętrzne dźwigi nie uczyniłyby Boya tym, czym się stał, zwłaszcza jako stylista i krytyk, gdyby nie reprezentował tylu wartości umysłowych, takiego talentu – i gdyby nie tak sumiennie spożytkował szczęśliwe od losu uprzywilejowanie.

(…) Do wirtuozerii doprowadzał harmonizowanie żartu z tonem serio swoich wywodów, humorem bronił się od pedanterii, dowcipem odświeżał uwagę i skupienie czytelników, a gdy czuł, że na zbyt śliskie ścieżki zbacza ta czy owa propaganda, zawsze przed polemistami asekurował się dodanym »kawałem«, czyli że to niby niemoralność, nie na prawdę… »Umie przepisać sklepik na szwagra« – tak w kołach koleżeńskich określano te jego fortele.

(…) A nie można nie stwierdzić, że rozgłos, to była sprawa, którą Boya można było do piekła zaprowadzić. Rzecz teoretycznie nieprawdopodobna, bo i jakże? Pisarz, któremu uznanie sypało się z rogów obfitości, jeszcze był tego niesyty? Tak jest, ten solidny w wykonywaniu swoich zadań, pogłębiony zdawałoby się, człowiek piastował w sobie próżność primadonn: Opowiadają – se non vetu… – że któregoś roku grono Boyowych przyjaciół debatowało na temat: co by mu sprawić na imieniny? – »Płytę gramofonową z nagranymi oklaskami« – zaproponował ktoś ze złośliwych”.

Jednak Grzymała-Siedlecki nie byłby sobą, nie byłby związany z konserwatystami i narodowcami, gdyby nie wymierzył Boyowi siarczystego policzka, zakończonego pochwałą dla jego tłumaczeń.

„Skąd w nim było tyle nienawiści do niektórych ludzi, a zwłaszcza do pewnych spraw? Skąd tyle jadu do religii, Kościoła, patriotyzmu, do bohaterstwa orężnego, do tradycji? Skąd tyle zatrutych uczuć, skąd taka rozkosz obalania? (…) Nienawistna mu była zarówno modlitwa wiernych u stóp ołtarzy, jak i kult Bayarda. Przypomnijcie sobie obsesjonalną wprost odrazę do Sobieskiego – skąd ta odraza, jeśli nie z tego, że w osobie Jana III widział waleczność pomnożoną przez chrystianizm. Nienawistna mu była mistyka ojczyzny, bohaterstwo orężne, rycerskość, rygory cnoty, chrześcijański kult dziewictwa, chluba ascezy, zakazy w życiu seksualnym człowieka, więzy małżeństwa – no i samo przez się: kler, wyznania religii, wiara w Boga. Zmysłową niemal uciechę znajdował w szyderstwie z tych rzeczy, a bluźnierstwo miało dlań smak nektaru. (…) Boy ideolog społeczny Boy reformator – skończył się a pożary nieszczęść naszego narodu wypaliły bodaj do dna infekcję, jaką z sobą niosły jego błądzenia.”

Wystarczy zestawić sobie tę opinię Grzymały-Siedleckiego o Boyu z ocenami Jana Motta, by odnaleźć właściwy klucz do poglądów i osobowości Tadeusza Żeleńskiego. Wszyscy którzy je przeczytają i porównają, mogą sami dokonać oceny, które z nich są bardziej przekonujące.

Jeśli jednak ktoś uzna myśli Grzymały-Siedleckiego za przesadne, to nie powinien go potępiać za skrajność i zaciekłość. Pisarz potrafił docenić talent i maestrię Boya stwierdzając: „O styliście mówiłem już obszernie, o tłumaczu dodać jeszcze trzeba, że wystarczy wziąć oryginały Prousta, potem przeczytać przekłady ich Boya, a dojdzie się do przekonania: ileż czytelniejszy stałby się Proust, gdyby przekłady Boya przetłumaczyć z powrotem na język francuski.”

Jeszcze ważniejszym dla oceny Żeleńskiego jest jeden epizod jego życia, jakim był pobyt we Lwowie pod okupacją sowiecką. Wprawdzie, chronologicznie rzecz biorąc, nie miało to wpływu na ocenę kwalifikacyjną loży, ale mówiło wiele o pisarzu i człowieku. Po upadku PRL i powrocie demokracji do Polski czyniono pisarzowi z powodu współpracy z władzami sowieckimi poważne zarzuty. To one spowodowały, że nie uczczono różnych jego rocznic, a samego Boya usiłowano zepchnąć w otchłań niebytu i zapomnienia.

Dużo było w tym podniecenia odzyskaną wolnością, odreagowaniem na miniony okres władzy komunizmu i zależności od ZSRR. To prawda, że w okresie 1939 do 1941 wykładał literaturę francuską na Uniwersytecie Lwowskim, pisywał do „Czerwonego Sztandaru”, a jego nazwisko znalazło się pod deklaracją aprobującą przyłączenie tamtych ziem do Ukrainy Radzieckiej. Był także członkiem tamtejszego związku literatów i zabierał głos na zebraniach.

Jak twierdzą wszyscy, którzy stykali się z nim w tym czasie, Boy się po prostu bał i dlatego tak postępował. Nie był człowiekiem nadającym się na czasy heroizmu. Badaczka twórczości Żeleńskiego Barbara Winklowa broni go przed współczesnymi atakami: „Boy zapewne nie poszedłby na barykady. Ale nie zapominajmy, że on we Lwowie miał wokół siebie bardzo przyzwoitych ludzi, którzy robili te same rzeczy, pisali do tych samych czasopism, wykładali na uniwersytecie, chodzili na te cholerne zebrania, na które ich spędzano. To były znane pisarskie i naukowe nazwiska. Poddawali się pewnym przymusom, licząc na inny obrót sprawy. Boy miał 67 lat i czuł się bardzo zmęczony”.

Można powiedzieć, że ten lwowski epizod nie pasował do życiorysu masona „wolnego i dobrych obyczajów”. Niezupełnie. Wielu masonów, jak Hempel czy Fiderkiewicz byli komunistami, a np. Kołodziejski czy Gliwic byli zaangażowani w działalność w PRL. A więc nie jest to argument, nawet ex post, uzasadniający odrzucenie kandydatury Boya.

Z dzisiejszego punktu widzenia Żeleński byłby idealnym wolnomularzem. Dlatego w odniesieniu do decyzji polskiej loży masońskiej można zacytować powiedzenie Boya: „Wszyscy dziwili się. Ja dziwiłem się najbardziej”. Wprawdzie była to reakcja na zaskakującą popularność Słówek, ale zaskoczenie wobec negatywnej decyzji wolnomularzy było równie wielkie.

Nikt, nawet wielu wolnomularzy nie spodziewał się, że przy głosowaniu w loży nad kandydaturą Boya znajdzie się tak mało głosów akceptujących, a tak dużo przeciwnych. Czyżby to, co było prawdziwą siłą Boya – jego poglądy – spowodowało odrzucenie kandydatury? Trudno w to uwierzyć, ale zgodnie z zasadami działania lóż masoni mają prawo do różnorodności i i odmienności indywidualnych poglądów.

Fragment książki Cezarego Leżeńskiego: Masoni bez maski (Toruń 2006)

Wpisał: Cezary Leżeński
11.02.2007.