Dwóch Koperników na tajnym Wschodzie Warszawy

Niniejszy tekst dedykowany jest pamięci Andrzeja Junoszy (kryptonim zakonny używany przez brata Wojciecha J.), członka warszawskiej loży „Europa” i byłego Wielkiego Eksperta Wielkiego Wschodu Polski, który w styczniu 6009 r. PŚ (2009 r. ery światowej) odszedł na Wieczny Wschód. Brata Andrzeja, z zawodu dziennikarza i drukarza, zapamiętałem jako indywidualistę i erudytę: człowieka oczytanego i wygadanego. Z jego osobą wiąże się pewna dość zagadkowa historia, która zafascynowała mnie niemal od samego początku. Zanim przejdę jednak do sedna sprawy, pozwolę sobie opowiedzieć parę słów, jak do tego wszystkiego doszło.

kopernik_cw

A było to tak, że krótko po moim przyjęciu do loży „Wolność Przywrócona” dowiedziałem się od jej Czcigodnego, iż mamy w szeregach WWP kogoś, kto był członkiem tajnej loży „Kopernik”. Tym kimś był wspomniany brat Junosza. Sprawa ta bardzo mnie zaintrygowała, tym bardziej że o sekretnych warsztatach i ich konspiracyjnej działalności niewiele się dzisiaj mówi. Miałem jednak nadzieję, że brat Wojtek odsłoni mi nieco tajemnicy, na jednej z Agap spytałem go nawet wprost o to. Odpowiedział lakonicznie i mgliście, aczkolwiek jego relacja pozostawała w sprzeczności z tym, co wspominał w jednym z wywiadów Tadeusz Gliwic. Co się jednak okazało: że nie o tym znanym nam wszystkim Koperniku była mowa. Andrzej Junosza powiedział wprost: karierę wolnomularską rozpocząłem na przełomie lat 50. i 60. w loży wolnomularskiej „Nicolaus Copernicus”. Zabrzmiało to co najmniej dziwnie – czy to oznaczało bowiem, że poza znanym Kopernikiem warszawskim, do którego członków należał m.in. wspomniany Gliwic, była jeszcze jakaś druga tajna loża? Na następnym spotkaniu brat Andrzej uchylił już nieco rąbka tajemnicy. Czcigodnym Mistrzem ów loży masońskiej „Nicolaus Copernicus” był pisarz i publicysta, Edward Ligocki ps. Zelgot, jednym zaś z jej członków Wacław Czabański. Jak wynika z relacji Wojtka J. – loża założona została po powrocie Zelgota z emigracji w 1945 r., a zakończyła działalność na krótko przed jego śmiercią, która miała miejsce w 1966 r. W przeciwieństwie do „WLNP-owskiego” Kopernika – „zelgocki” Copernicus pracował w tamtym okresie w pełni rytualnie. W domu Edwarda Ligockiego, w Warszawie lub w jednej z miejscowości pod Warszawą (nie udało się tego póki co dokładnie ustalić), urządzono, kiedy zaszła potrzeba, prowizoryczną świątynię, zaś obrzędy odbywały się z użyciem masońskich regaliów (fartuszków, szarf i rękawic). Zapytany przeze mnie, jakie tematy były poruszane, odpowiedział że dotyczyły szeroko pojętej problematyki społecznej, historycznej, kulturalnej i symboliki masońskiej, aczkolwiek raczej stroniły od bieżącej polityki. Nie był w stanie powiedzieć jednak wszystkiego, gdyż w tym czasie był uczniem i tak też zakończył swoją karierę w tamtejszej loży. Gdy spytałem go o sferę rytualną, to wspomniał jedynie, że warsztat pracował na chwałę Wielkiego Architekta Wszechświata, a mistrzowie nosili czerwono obramowane fartuszki. Nie wiedział również, czy Ligocki miał patent na warsztat czy też nie. Nie był nawet pewien, skąd ewentualnie mógłby go mieć. Wymieniał trzy kraje, które odwiedzał Ligocki – Szwajcarię, Francję i Szkocję. Tak się składa, że czerwono obramowane fartuszki kojarzą się z jedną tradycją – szkocką i to zarówno w Szkocji, jak i we Francji, a tym samym w Szwajcarii.
Nie byłem pewien, na ile poważnie należało traktować te informacje. Moje wątpliwości rozwiały się jednak, kiedy w Bibliotece Narodowej przypadkiem natrafiłem na jedną ze starszych prac Ludwika Hassa: „W sprawie ‘masońskiego epizodu’ we wspomnieniach Edwarda Ligockiego”*. Nie znalazłem tam rzecz jasna potwierdzenia tego, co przekazał mi Andrzej Junosza, ale trop wydawał się właściwy, gdyż prof. Hass komentował tam kwestię kontaktów Ligockiego z wolnomularzami szwajcarskimi. Przy najbliższej okazji chciałem podzielić się z Wojtkiem tymi wieściami, a nawet przeprowadzić z nim wywiad, lecz niestety – jego śmierć uniemożliwiła to. W związku z tym postanowiłem drążyć temat dalej, skupiając się jednak na postaci samego Edwarda Ligockiego. Zdziwiło mnie przede wszystkim to, że ten swego czasu znany literat i polityk centroprawicowy, został po wojnie niemal zupełnie zapomniany. Dziś na próżno szukać w internecie jakiegokolwiek artykułu o nim, prawie też o nim nie mówi się w podręcznikach historii. Skąpe informacje na jego temat przytacza za to słynna „Encyklopedia PWN”:

ligocki1
Edward Ligocki

„Edward Ligocki (1887-1966), pisarz i publicysta; 1907-19 i 1926-45 poza krajem; powieści, m.in. o losach wychodźstwa polskiego w czasie I i II wojny światowej („Sambra i Moza” 1916, „Drogi bezdomnych” 1958, „Kurs na Gibraltar” 1960), zbiory wierszy, opowiadań i publicystyki; wspomnienia „Dialog z przeszłością” (1970).”
Znacznie bardziej obszernych danych dostarcza już Polski Słownik Biograficzny**. Pod hasłem „Ligocki, Edward” znajduje się bogato udokumentowany tekst autorstwa Zofii Biłek-Dąbrowskiej, który pozwolę sobie w całości przytoczyć poniżej:
„Ligocki Edward, pseud. i krypt.: Bezimienny, E.L., edel, edeL, Edel, (elg), (elg.), Eig, (Elg), Elgot, Elgotius, Edw. L., Edw. L-cki, Jan Elgoth, Ginwiłł, L., Z. Luca, Jan Młot, Szaszor z Elgothy, St. W. Rykow (1887-1966), literat, publicysta polityczny. Ur. 5 III w Tuczy (w pow. berdyczowskim), w środowisku ziemiańskim. Syn Edwarda i Marii z Korwin-Piotrowskich (stryjecznej siostry Gabrieli Zapolskiej). Dzieciństwo spędził w Jadwigopolu, majątku dzierżawionym przez ojca (potem urzędnika syndykatu rolnego w Kijowie). Ukończył gimnazjum w Kijowie w r. 1904. W l. 1904-7 studiował niesystematycznie pod kierunkiem Mariana Zdziechowskiego na Wydziale Filozoficznym UJ. W r. 1905 debiutował szkicem dramatycznym, wierszem „Kuźnica Illmarowa”, opartym na motywach fińskiego eposu „Kalewala”, a w l. 1906 i 1908 ogłosił dwa tomiki „Poezji” pozostające, podobnie jak ów dramat, w kręgu wpływów młodopolskich. W l. 1907-9 kontynuował studia filozoficzne w Lozannie, we Fryburgu i w paryskiej Sorobonie. W jesieni 1909 przerwał studia i powrócił do Kijowa. W tym okresie współpracował z czasopismami kijowskimi („Nasza Przyszłość”, „Dziennik Kijowski”), lwowskimi („Nasz Kraj”, „Kronika Powszechna”) i krakowskimi („Miesięcznik Literacki i Artystyczny”, „Museion”). Osobno wydał wtedy szkic powieściowy „Przeznaczenie” (Kijów 1909) i opowiadania „Legendy o Królowej Jadwidze” (Lwów 1911), za które otrzymał pierwszą nagrodę na konkursie Towarzystwa im. Piotra Skargi we Lwowie.
W l. 1912-3 L. przebywał w Szwajcarii; dn. 19 III 1913 ożenił się z Olimpią Gozdawa-Giżycką. W połowie 1913 r. zamieszkał wraz z żoną w Paryżu, gdzie kontynuował studia na Sorbonie i słuchał wykładów w „École Libre des Sciences Politiques”. W r. 1913 uzyskał pierwszą nagrodę na konkursie tygodnika „Bluszcz” za powieść „Laguna morta”, ale zajmowała go głównie działalność polityczna w kręgach konserwatywnych. Na początku wojny 1914 r. prowadził wraz z Władysławem Zamoyskim akcję ochrony jeńców Polaków z armii niemieckiej, internowanych we Francji. W r. 1915 L. przeniósł się do Szwajcarii. Mieszkał początkowo w Lozannie, a następnie w Bernie, gdzie od r. 1916 pracował w Centralnym Biurze Prasowym, podległym krakowskiemu Naczelnemu Komitetowi Narodowemu (NKN), pod kierunkiem Michała Rostworowskiego. W tym czasie wyjeżdżał kilkakrotnie do kraju w celu nawiązania porozumienia między ppłk. W. Sikorskim z Departamentu Wojskowego NKN i przedstawicielami rządu francuskiego. L. należał także do działającej w Szwajcarii grupy „La Pologne et la Guerre 1772-1915”, której celem była propaganda polityczna na rzecz niepodległości Polski. W okresie wojny L. wydał powieść poświęconą walkom Polaków na początku wojny 1914 r. w północno-wschodniej Francji, pt. „Sambra i Moza” (W. 1916), która otrzymała wysokie oceny krytyki. L. był także autorem satyry „Telmena w Lozannie” (powstała w r. 1917), skierowanej przeciw Narodowej Demokracji i R. Dmowskiemu (wydana pod pseud. St. W. Rykow, wspólnie z B. Hertzem i S. Słońskim, w tomiku zbiorowym „Ad maiorem N.D. Gloriam. Wycieczki satyryczne”, Wilno 1922).
Od listopada 1918 do czerwca 1919 r. L. był sekretarzem poselstwa polskiego w Bernie, kierowanego przez Augusta Zaleskiego. Latem 1919 r. wrócił do kraju i przebywał w Zakopanem. Na początku 1920 r. brał udział w ekspedycji wojskowej pod dowództwem J. Hallera, mającej na celu objęcie Pomorza w wyniku postanowień traktatu wersalskiego. Następnie prowadził Wydział Prasowy w II Oddziale Sztabu Inspektoratu Generalnego Armii Ochotniczej. L. był przeciwnikiem wyprawy kijowskiej J. Piłsudskiego, a przebieg warszawskiej bitwy sierpniowej 1920 r. traktował jako sukces wojskowy J. Hallera i W. Sikorskiego. Był współtwórcą legendy Armii Hallera, opublikował liczne utwory beletrystyczne poświęcone jej walkom i apoteozujące postać i czyny wojskowe J. Hallera, jak: „Płonące Reims” (W. 1921), „Lew św. Marka” (W. 1922), „Nowa legenda” (W. 1921), „Derwisz tańczący” (P. 1924), „Mare Polonum” (Tor. 1924), „Gdyby pod Radzyminem…” (W. 1927). Jesienią 1921 L. został zwolniony z wojska w randze majora, osiedlił się w Poznaniu i powrócił do pracy dziennikarskiej (współpracował z czasopismami: „Kurier Poznański”, „Kurier Warszawski”, „Rzeczpospolita”, „Hallerczyk”) i literackiej; ogłosił dalsze tomy poezji, utrzymane w duchu neoromantycznego epigonizmu, jak „Ognie Werony” (W. 1919), „W ogrodzie róż” (W. 1921, z reprodukcją portretu pędzla J. Mehoffera). Był także kierownikiem literackim poznańskiego Teatru Nowego. W r. 1921 przez okres kilku miesięcy sprawował funkcję prezesa poznańskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich. W końcu grudnia 1922 r., kiedy zamordowano prezydenta G. Narutowicza, L. został aresztowany wraz z innymi osobami z otoczenia J. Hallera, ale na początku stycznia 1923 r. zwolniony aktem łaski prezydenta S. Wojciechowskiego.
Jako publicysta L. atakowany był przez zwolenników J. Piłsudskiego. W r. 1923 W. Stpiczyński w „Głosie Opozycji” zarzucił L-emu, że pod koniec wojny uprawiał szpiegostwo na rzecz państw centralnych. L. wytoczył Stpiczyńskiemu proces o zniesławienie, lecz sprawa została zawieszona z powodu niedostatecznej liczby świadków. Z kolei L. wydał pod pseud. Jan Młot paszkwil na obóz Piłsudskiego pt. „Ryzykanci” (W. 1926), na co replikowano anonimowo wydaną broszurą (autorstwa Stpiczyńskiego?) pt. „Zbrodniarze” (W. 1926). Polemika ta, jak i inne wystąpienia publicystyczne L-ego prowadzona była w atmosferze politycznego zacietrzewienia. W r. 1925 L. (na łamach „Kuriera Poznańskiego” i „Rzeczypospolitej”) brał udział, wraz z innymi krytykami prawicy, w kampanii prasowej skierowanej przeciwko „Przedwiośniu” Żeromskiego. W przeddzień zamachu majowego, w kwietniu 1926 r. L. opuścił kraj i osiedlił się we Francji jako emigrant polityczny. Zamieszkał w Tulonie i zajmował się pracą literacką. W okresie tym wydał liczne powieści, jak m.in. „Zwid złego ducha” (W. 1928), „Rasputin i Rossomocha” (W. 1929), które – tak jak i poprzednie, np. „Noc na Palatynie” (W. 1923), „Hamlet i Carmen” (W. 1925), „Prawo szpady i krwi” (P. 1926) – z powodu sensacyjno-melodramatycznych wątków, słabości kompozycyjnej i łatwizny techniki pisarskiej zaliczyć trzeba do literatury drugorzędnej. Bardziej trwałymi walorami literackimi odznaczają się jego powieści z wcześniejszego okresu, o ambicjach historycznych z czasów po powstaniu listopadowym, jak „Sen o Dwernickim” (W. 1918), „Nitka Ariadny” (Lw. 1924) czy późniejsza epopeja wierszem (w zamierzeniu kontynuacja „Pana Tadeusza”) pt. „Złota Chorągiew. Pana Tadeusza część druga. 1830-1837” (Londyn 1941, wznowione wyd. Londyn 1942). W Tulonie L. należał do prowansalskich stowarzyszeń literackich: „Académie du Var” (departament w Prowansji) i stowarzyszenia im. F. Mistrala „Félibrige”.
W końcu 1933 r. L. przeniósł się na stałe do Paryża i zajmował się głównie pracą dziennikarską, zamieszczając korespondencję na tematy polityczne w prasie polskiej: w „Kurierze Warszawskim”, „Kurierze Poznańskim” i „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”. W r. 1939 L. (który owdowiał w r. 1927) ożenił się z francuską poetką Germaine Rale (pseud. literacki Arel). W listopadzie 1936 r. L. udał się do Warszawy i przyjął propozycję współpracy z Oddziałem 11 Sztabu Głównego jako „agent diplomatique” wywiadu do spraw politycznych we Francji.
Po wybuchu wojny 1939 r. L. współdziałał przy organizowaniu wojska polskiego na terenie Francji. Następnie do kwietnia 1940 r. był kierownikiem referatu propagandy w emigracyjnym Min. Spraw Wojsk. w Paryżu. W czerwcu 1940 r., wraz z personelem ministerstwa, został ewakuowany z Paryża i przewieziony przez angielską marynarkę do Szkocji. Przebywał w obozie wojskowym w Broughton w pobliżu Edynburga, a potem w mieście Dunfermline. W r. 1941 został mianowany oficerem oświatowym, mającym za zadanie łączność między polską komendą miasta w Edynburgu a władzami miejskimi i uniwersyteckimi („officer for public relations”). W r. 1942 L. wydał broszurę pt. „Echa z martwego domu” (Edynburg), w której na marginesie polemiki z „Historią Polski 1919-1939” St. Cata-Mackiewicza przeprowadził ostrą krytykę polityki Piłsudskiego i rządów okresu 1926-39. Został za to dymisjonowany z wojska. Dzięki poparciu gen. J. Hallera, ówczesnego kierownika Urzędu Oświaty i Spraw Szkolnych, mianowano L-ego wkrótce delegatem tego urzędu w Edynburgu do spraw wydawniczych. W okresie tym L. opublikował książki informacyjne o Polsce: „Legends and History of Poland” (London 1943), „Poland” (London 1944, z przedmową S. Grabskiego). Od jesieni 1943 r. L. prowadził wykłady z zakresu literatury polskiej na Uniwersytecie St. Andrews w Szkocji i był kierownikiem wydziału polskiego (Head of Publish Departament).
W jesieni 1945 r. L. powrócił na stałe do Polski. Współpracował z Agencją Publicystyczno-Informacyjną (API, w l. 1948-1961), a następnie pracował w Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa” (1951-3). Ponadto ogłosił m.in.: książkę „Między Watykanem a Polską” (W. 1949), utwory o Koperniku: „Gwiazdy nad Warmią (W. 1956), „De Revolutionibus” (1955) oraz powieści zawierające elementy autobiograficzne: „Drogi bezdomnych. Francja 1939-1940” (W. 1958), „Kurs na Gibraltar” (W. 1960). W r. 1962 wydał przekład Galilei Galileo „Dialog o dwóch najważniejszych układach świata” (W.). W r. 1965 obchodził w warszawskiej siedzibie Związku Literatów Polskich jubileusz sześćdziesięciolecia działalności pisarskiej. Zmarł nagle na serce 6 V 1966 w Warszawie, gdzie został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim. Nie zostawił potomstwa. Pośmiertnie opublikowano jego wspomnienia „Dialog z przeszłością”, który jako źródło biograficzne i historyczne – w wielu punktach, zwłaszcza w hierarchii i ocenie faktów – jest niewiarygodny i wyolbrzymiający polityczną rolę autora. W archiwum L-ego, będącym w posiadaniu Marii Laskowskiej w Warszawie, znajdują się maszynopisy nieogłoszonych utworów, m.in. tom wierszy z czasów drugiej wojny, pt. „Melodie szkockie”, utwory dramatyczne „My u Makbeta” i „Woła pięć kontynentów” oraz opowiadania.”

* * *

Powstaje przy tym wszystkim zasadnicze pytanie: kiedy i gdzie Edward Ligocki mógł przystąpić do wolnomularstwa? Jak się wydaje istnieją zasadniczo trzy możliwości: Szwajcaria, Francja oraz – co mniej prawdopodobne – Szkocja. Stosunkowo najwięcej śladów prowadzi do kraju Wilhelma Tella. W wydanych pośmiertnie wspomnieniach Edwarda Ligockiego pt. „Dialog z przeszłością”***, znajduje się krótki epizod (s. 195-196), poświęcony masonerii w Szwajcarii, a pojawia się w kontekście odbudowy Państwa Polskiego. Ten właśnie wątek był omawiany we wspomnianej publikacji Ludwika Hassa. Pozwolę sobie przytoczyć go poniżej w całości:
„Zdawałem sobie sprawę już dawniej, że najważniejszą siłą w Szwajcarii była „Loża Matka Alpina”, kierująca czterdziestoma lożami w kraju. Nie kto inny, a właśnie „Alpina” decydowała zwykle, kto ma być prezydentem Federacji – plebiscyt to potwierdzał, bo kontrkandydata nie było.
Mogły się więc tutaj przydać moje stare przyjaźnie z komilitonami korporacji „Belles Lettres”. Wielu z nich należało do masonerii błękitnej obrządku szkockiego św. Andrzeja. Mówili o tych sprawach ze mną otwarcie.
„Loża Alpina” miała kontakty z Grande Loge de France i z analogicznymi organizacjami w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, w Ameryce, nawet w Rosji (grupa Kiereńskiego i Milukowa, stronnictwo kadetów – konstytucyjnych demokratów). Tym powiązaniom zawdzięczali doskonałe informacje o stosunkach na świecie, w szczególności o tym, co się działo za kulisami Kongresu.
– Lloyd George – mówili moi przyjaciele szwajcarscy – wprawdzie niezbyt mocny jest w geografii, plącze waszą Silezję z małoazjatycką Sycylią, ale gdańską geografię chytrze przemyślał.
Z tych rozmów wynikła wreszcie konkretna, niedwuznaczna propozycja – Szwajcarzy gotowi byli przez kanał Alpiny pomóc stronie polskiej w dotarciu do Wielkiej Loży Francuskiej, która licznymi nićmi powiązana była z z lożą-matką angielską. Z tą ostatnią Lloyd George musiał się liczyć, sam znajdował się przecież w jej obediencji. Wielkim mistrzem w Anglii był zwykle członek królewskiej rodziny. Należało dotrzeć do niego, ostrzec, że plany Lloyd George’a związane z Gdańskiem kryją w sobie wielkie niebezpieczeństwo dla tej części Europy.
Wszystko to było pogmatwane i trudne, a jednak warte zachodu. (…) W Szwajcarii nie mogłem omówić z żadnym kompetentnym Polakiem tego skomplikowanego i drażliwego problemu. Również w Paryżu nie widziałem osoby, której mógłbym zreferować owe możliwości. (…) Wyłaniała się więc konieczność wyjazdu do kraju.”
Wydaje się jednak, iż autor w tym przypadku nie posiada zbyt dobrej orientacji odnośnie wolnomularstwa i jego relacji międzynarodowych, powtarza tu raczej – celowo lub nieświadomie – krążące tu i ówdzie plotki na temat wszechpotęgi lóż masońskich. Również mało prawdopodobna jest tu informacja o Wielkiej Loży Francji, która na prośbę Wielkiej Loży Szwajcarskiej „Alpina” miałaby rzekomo pośredniczyć w kontaktach z lożą-matką angielską. Podkreślić należy, iż pierwsza połowa XX w. była dla wolnomularstwa czasem bałaganu i niejasnych relacji, zwłaszcza w Europie. Wielka Loża „Alpina” powszechnie uważana była za regularną, utrzymywała oficjalne relacje z licznymi Wielkimi Lożami USA, ale też i z rzeczoną Wielką Lożą Francji czy Wielkim Wschodem Francji. Z dwiema ostatnimi obediencjami współtworzyła nawet międzynarodowe zrzeszenie masońskie AMI, do którego należał szereg obediencji liberalnych, jak również pewna liczba regularnych, choć w większości przypadków nie posiadających wtenczas uznania Zjednoczonej Wielkiej Loży Anglii (poza wymienionymi była to np. Wielka Loża Narodowa Polski). Przyczyna dezaprobaty UGLE dla Alpiny, Wielkiej Loży Francji itp. obediencji leżała w tym, że organizacje te – nawet jeśli nie odeszły tak bardzo od tradycji jak Wielki Wschód Francji – zwykle bardziej liberalnie traktowały swoje zasady m.in., dopuszczając szerszą (w praktyce nawet ateistyczną) wykładnię pojęcia Wielkiego Architekta Wszechświata i nie stroniły wtenczas od kontaktów z GOdF. Stąd też trudno uznać za wiarygodne twierdzenie o pośrednictwie Grande Loge de France, zwłaszcza że w tamtym okresie Wielka Loża Anglii utrzymywała we Francji kontakty z jakąś masońską obediencją, to wyłącznie z nieliczną pod względem osobowym Wielką Lożą Niezależną i Regularną Francji i jej kolonii (późniejszą Wielką Lożą Narodową Francuską), która jednak pozostawała w małej izolacji, nie utrzymując kontaktów ani z „Alpiną”, ani z innymi obediencjami z szeregów AMI.
Druga sprawa to pewna niejasność odnośnie terminów. Edward Ligocki wspomina o „masonerii błękitnej obrządku św. Andrzeja”, tymczasem rytu o takiej nazwie nigdy nie było w Szwajcarii. Niemniej wszystko wskazuje na to, że pisarz miał na myśli dość popularny w tym kraju, chrześcijańsko-mistyczno-rycerski obrządek szkocki rektyfikowany, w skład którego wchodziły m.in. loże św. Andrzeja i zakony wewnętrzne rycerzy templariuszy. Nie wdając się w żywe ostatnio spekulacje, czy ryt zaczyna się od czwartego stopnia czy już od loży błękitnej, warto tylko dodać, że twórca rytu rektyfikowanego, Jean Baptiste Willermoz, napisał rytuały zarówno dla warsztatów świętojańskich, jak i dla lóż stopni wyższych, traktując je jako spójny i całościowy system „Rectifié”. Ten 6-stopniowy ryt (2 dodatkowe, najwyższe stopnie – 7 i 8 – nie były praktykowane) został przeszczepiony do Genewy z Francji, skąd później trafił zresztą z powrotem nad Sekwanę. Wielka Loża „Alpina” objęła zarząd nad 3 pierwszymi stopniami rytu, zaś Niezależne Wielkie Przeorstwo Helwecji administrowało stopnie wyższe. Ludwik Hass mylił się zatem, pisząc, że RSR dotyczył wyłącznie stopni od 4 wzwyż. Po prostu Zelgot lub jego przyjaciele użyli swoistego skrótu myślowego na określenie nazwy opracowanego przez wspomnianego Willermoza rytuału, w których pracowały ich macierzyste loże świętojańskie. Niewykluczone, że i sam pisarz był członkiem którejś z nich. Na marginesie warto wspomnieć, iż nic nie wskazuje na to, aby później tą konkretnie tradycję kontynuował, ponieważ fartuszki mistrzowskie w świętojańskim rytuale rektyfikowanym mają lamówki błękitne, a nie czerwone.
Dość długi czas spędzony w środowisku („Belle Lettres”), w którym przynależność do masonerii była czymś zwyczajnym i akceptowanym, mógł spowodować, że i sam Ligocki zapragnął zastukać do bram świątyni jako profan poszukujący światła, zapewne przy solidnym wsparciu braci wprowadzających. Jak wiadomo radykałowie polityczni, fanatycy religijny i ultramontanie trzymali się zwykle z dala od lóż masońskich, a te ostatnie – przynajmniej w Europie – nie kwapiły się z przyjmowaniem ich. Pisarz nie należał jednak do fundamentalistów czy radykałów. Był, owszem, zwłaszcza w późniejszym czasie sympatykiem prawicowych obozów politycznych, stronnikiem bliskiego endecji gen. Józefa Hallera, ale z przekonań człowiekiem tolerancyjnym, zwolennikiem nurtu konserwatywno-liberalno-demokratyczno-ziemiańskiego, a w podejściu do religii bardzo umiarkowanym i niejednoznacznym. Sam zresztą wspomina, że w jego rodzinie różnie odnoszono się do kwestii religijnych. Młody Edward uczęszczał na lekcje religii katolickiej, lecz o swojej matce, która miała wszczepioną niechęć do klerykalizmu i wszelkiej mistyki tak pisał (s. 41): „Raz tylko w życiu widziałem matkę w kościele, gdy zaprowadziła mnie na obowiązujące w szkołach średnich wielkopostne rekolekcje. Twierdziła, że czysta etyka, uzasadniona i konsekwentna, więcej jest warta niż dogmat interpretowany dowolnie, gubiący się w sylogizmach i spekulacjach myślowych.”
Nie można też wykluczyć, że inspiratorem przystąpienia Edwarda Ligockiego do wolnomularstwa – lub przynajmniej zainteresowania go sztuką królewską – był nikt inny, tylko sam Edward Abramowski, znany polski mason i psycholog, z którym pisarz zetknął się podczas pobytu we Francji. Na str. 86-87 swoich wspomnień tak opisuje spotkanie z nim:
„W końcu 1911 roku znalazłem się znowu w Paryżu, gdzie spędziłem kilka miesięcy. (…) zatrzymałem się w małym hoteliku tuż obok, cały czas spędzałem z Olimpią i z poznanym przez nią Edwardem Abramowskim, który również w sanatorium przebywał. (…) Abramowski zaczął ze mną rozmawiać jak z kimś naprawdę bliskim. Bardzo go ceniłem – prócz głębokiego wykształcenia miał w sobie istne zasoby życzliwości dla ludzi, których rozgryźć potrafił. Rysy twarzy zdradzały jego pochodzenie tatarskie, był w nim rzadko spotykany splot mistycyzmu i wiedzy. Ta skłonność do mistyki nie miała żadnych cech wyznaniowych, wierzył w duchy po prostu.”
Mało prawdopodobna jest natomiast jakakolwiek aktywność masońska Ligockiego w II RP. Nic nie wskazuje na to, żeby podczas swoich krótkich pobytów w ojczyźnie miał jakikolwiek związek z Wielką Lożą Narodową Polski. Znał co prawda już wcześniej wolnomularzy Augusta Zaleskiego i Tytusa Filipowicza, aktywnych jej adeptów, lecz członkostwo w polskiej obediencji byłoby mało prawdopodobne ze względu na lewicujące oblicze WLNP w tamtym okresie, jak i dużą ilość piłsudczyków w jej szeregach, których to Ligocki był zdeklarowanym przeciwnikiem. Ciekawostką jest to, że w swej powieści pt. „Zwid złego ducha” (na s. 44-54 i 67-69) z 1928 r. pisarz przedstawił masonerię w sposób negatywny – jako siłę społecznie szkodliwą i moralnie rozkładającą, wrogą Polsce. W ten sposób rozpowszechniał tylko pomówienia popularne w środowiskach prawicowych, zwłaszcza klerykalno-nacjonalistycznych. Bardzo możliwe, że pisząc w ten sposób miał na myśli konkretnie polską masonerię, gdyż – jak trafnie zauważył Ludwik Hass – nie wydaje się, żeby żywił zastrzeżenia natury etycznej do wolnomularstwa w Szwajcarii, tym bardziej że – o czym była już mowa – wspominał o przynależności do niego swoich dobrych znajomych z „Belle Lettres”.
Działalność wolnomularska pisarza była prawdopodobna tak w Szwajcarii, jak i we Francji, gdzie stykał się z prominentnymi działaczami lóż masońskich. Z pozostałych krajów, które miał sposobność odwiedzić, pozostała jeszcze Szkocja, jednakże tam nie natrafiamy już na żadne ślady czy aluzje we wspomnieniach Zelgota, choć to ten kraj uważany jest za drugą obok Anglii ojczyznę wolnomularstwa spekulatywnego. Godnym podkreślenia jest fakt, że Ligocki przebywał w Szkocji w trakcie II wojny światowej. Czy jednak w obozach wojskowych działały jakieś loże polowe? Ta kwestia wymagałaby dokładniejszego sprawdzenia.
Co jednak z kierowaną przez niego tajemniczą lożą warszawską? Czytając wspomniany „Dialog z przeszłością”, już na samym początku zwrócił moją uwagę (s. 16) pewien dość charakterystyczny cytat:
„Kiedy nastawały ciepłe wieczory, ojciec zabierał mnie na ulubiony swój spacer – przez ciemne aleje do ławki stojącej na skraju ogrodu, skąd widok sięgał daleko. Zdarzyła się kiedyś rzecz dziwna – głębię ciemnego nieba rozdarła nagle jaskrawa, złoto-błękitna smuga i na chwilę zrobiło się jasno jak w dzień. Musiałem wtedy być trochę starszy, ojciec mi coś na pewno tłumaczył, bo wiem, że zostały mi odtąd w pamięci słowo meteor i nazwisko Kopernik.
Tak się złożyło, że w pięćdziesiąt lat później zająłem się życiem wielkiego Mikołaja i pisałem o nim dość dużo, zawsze mając wrażenie, że nigdy nie był mi obcy.”
Ta informacja jest niezwykle istotna, jeśli weźmiemy pod uwagę nazwę loży, którą przekazał Wojtek J. vel Andrzej Junosza: „Nicolaus Copernicus”. Dodajmy jeszcze, że do zainteresowania Kopernikiem Ligocki wrócił podczas pobytu w Szkocji. W swoich wspomnieniach (s. 477) nie kryje oburzenia sytuacją, kiedy odkrył w Encyklopedii Harwarda, że Copernicus to „niemiecki astronom”. Z kolei wskazówką co do momentu założenia loży może być lata publikacji dwóch dzieł poświęconych znanemu astronomowi – chodzi o rok 1955 i 1956. Pozycje te ukazały się więc tuż przed upadkiem stalinizmu, czy mógł to być dogodny moment na instalację sekretnej placówki? Niestety, z braku jakichkolwiek dowodów pozostają tylko spekulacje – równie dobrze mogło mieć to miejsce wtedy, lecz także nieco wcześniej lub nawet później, albo – co też jest możliwe – nigdy. Tutaj także warto rozważyć jeszcze jedną kwestię: pewne poszlaki wskazują na to, iż brat Junosza trafił do Ligockiego dzięki kontaktom, które nawiązał w Klubie Krzywego Koła, choć sam Zelgot z tego co wiadomo tam nie należał. Pewnym paradoksem jest jednak to, że spośród niektórych członków tego klubu wyłoniło się tuż przed jego rozwiązaniem grono założycieli znanej już nam sekretnej loży „Kopernik”, obudzonej przez Mieczysława Bartoszkiewicza w 1961 r. Tam jednak o inicjatywie lożowej Ligockiego zupełnie nie słyszano. I to jest wszystko, co w tej sprawie udało się autorowi ustalić.
Co się zaś tyczy samego Edwarda Ligockiego, to warto jeszcze nadmienić, że pozostawił po sobie wiele ciekawostek w postaci relacji utrwalonych w cytowanym tu wielokrotnie „Dialogu z przeszłością”. Wspomina dla przykładu o wymianie zdań między Józefem Piłsudskim a Józefem Hallerem (s. 229), którą usłyszał od tego ostatniego. Według niego brzmiała ona następująco:
„Niedługo przed wywiezieniem Piłsudskiego do Magdeburga miała miejsce rozmowa między obu brygadierami. Haller zapytał wręcz: „Czy jesteście za walką z Kościołem?” Odpowiedź brzmiała: „Ja jestem bezwyznaniowy, ale szanuję zapatrywania innych”.
Bardzo sentymentalną informację otrzymujemy z kolei o Gabrielu Narutowiczu (s. 250):
„Narutowicz, gdy został prezydentem, prosił syna, by z całej ogromnej fortuny, tam w jego drugiej ojczyźnie, w Szwajcarii, przywiózł mu tu do Polski tylko krzak ulubionej róży rosnącej w jego ogrodzie. Chciał go zasadzić pod oknem Pałacyku Myślewickiego. Tylko krzak róży, nic więcej…”
Oprócz tego dowiadujemy się również o coś niecoś o Michale Żymierskim – przyszłym marszałku Polski (późniejszym współpracowniku władz komunistycznych, lojalnym wobec Józefa Stalina), a wcześniej generale, w czasach II RP wydalonym z wojska i zdegradowanym za malwersacje finansowe. Żymierski przyjechał z Paryża, aby odwiedzić Ligockiego i porozmawiać z nim o swoich planach udania się do Polski i rychłego powrotu stamtąd wraz z żoną do Francji. Obaj – pisarz i ex-generał – mieli wspólnego przeciwnika: obóz polityczny Piłsudskiego. Zelgot tak sympatycznie prezentuje (s. 295) Michała „Rolę”:
„Na dworcu w Tulonie dojrzałem Michała tchnącego życiem, młodością i jakąś wyczuwalną z daleka energią.”
Najciekawsze, zwłaszcza w kontekście wolnomularskim, są jednakże pewne wątki dotyczące gen. Władysława Sikorskiego. Ligocki nie omieszkał, kiedy żywy był temat rychłego odzyskania przez Polskę niepodległości, wspomnieć generałowi o swojej rozmowie z masonami i możliwościach wykorzystania „kanału szwajcarsko-francuskiego”. Ten jednak nic na to nie odpowiedział (s. 202). Bardzo intrygująca natomiast wydaje się być natomiast relacja z pobytu u Sikorskiego w Jabłonnie pod Warszawą. Ciche i spokojne czasy były to, jak pisze Zelgot, a na str. 219 „Dialogu z przeszłością” wspomina takie oto zdarzenie, którego bohaterem była mała córeczka generała:
„Któregoś dnia wpadła do nas roześmiana Zosia Sikorska.
– Czego tak się cieszysz?
– Ach, ciociu Lociu – tak nazywała zwykle Olimpię – takie to było śmieszne: tatuś przymierzał króciutki biały fartuszek z tasiemkami, zawiązywał je na plecach munduru.”

w_sikorski2
Władysław Sikorski (1881-1943)

No cóż, tylko tyle i bez żadnego komentarza, a ile spekulacji przy tym… Nie dysponujemy aktualnie żadnymi, wiarygodnymi dowodami mogącymi potwierdzić przynależność Władysława Sikorskiego do masonerii. Tego, że generał do loży nie należał pewien był nie tylko Ludwik Hass, ale również ojciec Wojciecha Giełżyńskiego – Witold, mason z WLNP, który podobno wielokrotnie rozmawiał z Sikorskim na ten temat. Zawsze jednak pozostaje pewien obszar niedomówień, zwłaszcza że jeśli już mowa o związku generała ze sztuką królewską, to raczej nie ze „Szkotami”, tylko z Wielkim Wschodem Francji. Zachowały się zresztą pewne relacje, wedle których Sikorski wielokrotnie odwiedzał w Paryżu budynek Grand Orient de France przy Rue de Cadet. Więcej na ten temat w artykule „Czy generał Sikorski był masonem” (Wolnomularz Polski, numer sygnalny, s. 18). W każdym razie czyżby żartobliwa relacja córeczki generała mogłaby potwierdzać przypuszczenia Leona Chajna? Z braku znajomości szerszego kontekstu tego wydarzenia to kolejne retoryczne pytanie.

* * *

Drodzy Czytelnicy,
powyższy tekst jest inny od opublikowanych dotychczas i ma charakter niejako „roboczy”. Pisany jest w trybie przypuszczającym, ze stawianymi dość śmiało hipotezami, i jest to całkowicie zamierzone. Niestety, autor w trakcie tworzenia niniejszej publikacji zdał sobie sprawę, iż przy swoich ograniczonych możliwościach nie będzie stanie dotrzeć do wszystkich potrzebnych źródeł, a liczba przeszkód, które trzeba przy tej okazji pokonać, jest dla niego zbyt duża. Postanowił zatem zaryzykować w nadziei, że w ten sposób zachęci także innych zainteresowanych tematem do podjęcia poszukiwań. Podkreślić należy, iż żeby móc napisać profesjonalny artykuł na ten temat należałoby przede wszystkim:
Ustalić kwestię przynależności Edwarda Ligockiego do masonerii, jak i ewentualnych prób uzyskania przez niego patentu. Konieczne byłoby w tej kwestii wystosowanie oficjalnej prośby do Wielkiej Loży Szwajcarskiej „Alpina”, jak również do Wielkiej Loży Francji, a być może też do Wielkiej Loży Szkocji, o zbadanie tego zagadnienia.
Ustalić dokładne miejsce pobytu i adres zamieszkania Edwarda Ligockiego w okresie powojennym, zwłaszcza w latach 50. i 60. Być może informacje na ten temat znajdują się w księgach meldunkowych m. Warszawy (obecnie są one w posiadaniu Archiwum Państwowego w Warszawie przy ul. Krzywe Koło 7).
Przeprowadzić rozmowy z osobami, które miały styczność lub które pamiętają pisarza i orientują się choć trochę w jego kontaktach towarzyskich. Cenne mogłyby być tu zwłaszcza relacje sąsiadów Ligockiego w czasach, gdy mieszkał już w Warszawie lub w jej okolicach. Niestety, pisarz nie pozostawił po sobie potomstwa, ale być może żyje jeszcze wspominana w słowniku biograficznym Maria Laskowska, która przechowywała archiwum pisarza, lub ktoś z jej krewnych czy też innych osób, które mogły w późniejszym czasie wejść w posiadanie tego archiwum.
Próba odnalezienia szczątkowych archiwów, pozostałych po tajemniczej loży „Copernicus”, w zbiorach zmarłych jej członków.
Dysponując pewną ilością informacji z wymienionych powyżej źródeł, można by ustalić coś niecoś więcej i bardziej konkretnie w tym temacie. Wtedy być może wszystko to stanie się bardziej jasne, a artykuł niniejszy: A/ pozostanie bez zmian; B/ zostanie zmodyfikowany, a być może nawet podzielony na co najmniej dwa odrębne publikacje (np. biograficzna i organizacyjna); C/ okaże się pomyłką i zostanie zdjęty z serwisu.
Wszystko jednak zależeć będzie od wyników dalszych dociekań. Prosimy Was zatem, Nasi Drodzy Czytelnicy i Sympatycy, o pomoc w tej kwestii. Jeśli ktokolwiek wie choć trochę na temat lub ma możliwość dowiedzieć się, zachęcamy do kontaktu z redakcją Wirtualnego Wschodu Wolnomularskiego.
___________

* Przegląd Historyczny, t. LXIII, z. 1, 1972, s. 87-92.
** Polska Akademia Nauk. Instytut Historii. Polski Słownik Biograficzny. Legendorf Fabian – Lubomirski Aleksander, Tom XVII, Wrocław-Warszawa-Kraków 1972, s. 323-325.

*** Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1970. W niniejszym artykule podane strony dotyczą tej książki.

Wpisał: Karol Wojciechowski
15.08.2009.