Jędrzej Kitowicz o farmasonach polskich

„Jak świat światem żadna herezja takich przywilejów
nie miała jakie farmazonia […] to stan święty,
stan nietykalny, nie tylko do inkwizycji przypozwać,
ale też ani na kazaniu wspomnieć się nie godzi.
Świeża pamięć, kiedy kaznodziejów za ten grzech kasowano”

ks. Karol Surowiecki, 1792

Najbardziej znany historiograf okresu saskiego – ksiądz Jędrzej Kitowicz (1728-1804), w swoim barwnym i “barokowym” dziele zatytułowanym Opis obyczajów za panowania Augusta III opisując w pierwszym rozdziale (pt. “O wiarach, jakie były w Polszcze”) występujące wówczas w Rzeczpospolitej wyznania religijne – na dziesiątym miejscu (po katolicyzmie, judaizmie, religii karaimskiej, luteranizmie, kalwinizmie, islamie, prawosławiu, religii filipowców i kwakierstwie – a przed “ciapciuchami” i deistami) – wymienia wolnomularzy. Poświęcił wolnomularstwu dwa poniższe akapity:

“Dziesiąta – farmasonów, czyli freymasonów, jeżeli się ta kompania wiarą nazwać może, bo pospolicie ci, co są farmazonami, powiadają, że ta ich kompania nic do wiary nie należy, tylko jest jak konfraternia; przyjmują do niej wszelkiej wiary ludzi, rozmaitych stanów, nawet i duchownych, którzy mają przymioty od tej wiary, czyli konfraterni, przepisane; ale tak przymioty osób, jako też powinności konfraterni chowają pod wielkim sekretem, którego dotychczas nie docieczono, choć na to w różnych państwach surowe urzędowe bywały inkwizycje. Fraumasonowie mają między sobą jakieś niedościgłe znaki, po których jeden drugiego pozna, choć do siebie słowa o tym, że są farmazonami, nie przemówią, i kto trzeci niefarmazon będzie między nimi, tego znaku wcale nie postrzeże. Do Polski tę sektę, czyli konfraternią, przywiózł z Paryża Andrzej Mokronowski, który umarł wojewodą mazowieckim.

Gdy się ta sekta rozeszła między pany po Warszawie, a żaden z tych sektarzów nie chciał się do niej zrazu przyznać, konsystorz* warszawski nie mając, komu by mógł proces formować, i nie wiedząc o co, wydał tylko rozkaz do duchowieństwa, ażeby prawowiernych przestrzegało z ambon o pojawiającej się nowej sekcie, aby się jej strzegli; która musi być zła, gdy się na jaw nie chce wydać, bo co dobrego, światła nie unika. To wołanie po ambonach uczyniwszy zwierszchność duchowna, podług swojej troskliwości pasterskiej o owieczki prawowierne, nareszcie umilkła, nie wiedząc dalej, przeciw komu wołać i o co. Farmazonowie zaś swoje zgromadzenie w sekrecie powiększali, raz rosnąc, drugi raz malejąc, według liczby przybywających do nich albo odstępujących. Rzecz podziwienia godna, że między tylu osobami rozmaitego stanu, w różnych państwach, przy rozmaitych usiłowaniach zwierszchności krajowych, nie znalazł się ani jeden taki farmazon, który by wydał ustawy tego bractwa. Nawet ci, którzy odstąpili od niego, z ściśle zachowanym sekretem poumierali. Nawet ten sam Mokronowski, wódz polskich farmazonów, umierając w Warszawie z katolicką wyprawą duszy w drogę wieczności, po uczynionej spowiedzi, po przyjęciu wiatyku i ostatniego pomazania, gdy do przytomnych wyrzekł te słowa: “Teraz będę spokojnie umierał, kiedym się z Bogiem moim pojednał”, po staremu o fraumasonach nic a nic nie doniósł, choć w młodszym wieku, że jest farmazonem, z tym się nie taił”.

* Konsystorz – sąd kościelny

Wpisał: Kamil Racewicz
23.10.2005.