Tolerancja i jej granice

Pochwała tolerancji jest dla humanisty zajęciem łatwym i przyjemnym. Łatwym, gdyż można czerpać garściami cytaty z dzieł filozoficznych poświęconych obronie tolerancji, z „Traktatem o tolerancji” Woltera i „Listem o tolerancji” Johna Locke’a na czele. Przyjemnym, gdyż postawa tolerancyjna sytuuje jej wyznawcę w gronie osób światłych i rozsądnych, reprezentantów wysokiego morale, w opozycji do tępych fundamentalistów, nietolerancyjnych i okrutnych fanatyków.
Wątpliwości zaczynają się przy określaniu granic tolerancji, która, rzecz jasna, nie może być akceptacją pewnej kategorii poglądów i postaw życiowych zagrażających porządkowi publicznemu. Zgadzamy się, my ludzie tolerancyjni, że nie będziemy przyzwalać na poglądy i czyny zabójców, gwałcicieli, złodziei, antysemitów i innych rasistów.
Akceptujemy zatem kodeks karny, którego eo ipso określa granice wolności, nakładając na państwo obowiązek ochrony słabszych i bezbronnych, przed silniejszymi i uzbrojonymi. Nie należy jednak pochopnie wyrażać zgody na akceptowanie kodeksu karnego w ciemno, bo nie każdy przecież na pełną aprobatę zasługuje. Nie teoretyzując nadmiernie, kodeks stosujący karę śmierci, czy bezwzględnie penalizujący aborcję budzi sprzeciw. Robimy zatem zastrzeżenie: podporządkujemy się takiemu kodeksowi karnemu, którzy w pełni respektuje prawa człowieka i obywatela. Piękna teoria, ale wśród grona światłych prawników trwa nieustanny spór o kształt kodeksu, o kryteria penalizacji, o skuteczność resocjalizacji, o sprawę podstawową: granice surowości kary, o jej znaczenie dla prewencji ogólnej, czyli skuteczności zastraszania potencjalnych przestępców. A zatem i od kodeksu karnego wymagać będziemy cnoty tolerancji.
Wracam do punktu wyjścia, do pytania o zakres naszej tolerancji, o nieprzekraczalną linię oddzielającą to, co tolerowane, od tego, co czynnie będziemy zwalczać. Czy jest zatem norma ogólna, która ostro odgranicza, co nam wolno, a czego nie wolno tolerować?
Pułapki granic tolerancji dostrzegał już w piątym wieku przed naszą erą Herodot z Helikarnasu, pierwszy historyk, który poznał odmienność i zderzenie kultur ówczesnego świata. W trzecim tomie .Dziejów” Herodot przytacza taką oto opowieść: .W czasach swego panowania Dariusz wezwał pewnego razu Hellenów, którzy byli u niego, i spytał ich, za jaką cenę byliby gotowi zjeść ciała swych ojców po ich śmierci. Odpowiedzieli, że za nic, ale to absolutnie nic nie mogłoby skłonić ich do tego. Wówczas Dariusz wezwał Kalatiów, lud indyjski, który miał w zwyczaju zjadać swych ojców i spytał ich w obecności Greków, którym odpowiedź przetłumaczono, za jaką cenę zgodziliby się spalić zmarłych ojców. Wówczas wydali okrzyk zgrozy i powiedzieli, że czegoś tak bluźnierczego nie powinien on jednak nawet wypowiadać. I tak to jest właśnie na świecie” – kończy Herodot swoją drastyczną opowieść.

W naszym kręgu kulturowym kanibalizm jest złamaniem tabu, czyli rzekomo ogólnoludzkiego zakazu bezwzględnego. Wychowani w tradycji moralności greckiej i judeochrześcijańskiej możemy w tolerancyjnej wyrozumiałości swojej określić kanibalizm Kalatiów mianem rytualnego. Wzdragamy się jednak uznać zjadanie ojców jako nakaz religijny. Jako ludzie tolerancyjni zwłaszcza wobec innych wierzeń, podświadomie oczekujemy, aby inne religie nie wykraczały poza nasz kodeks etyczny. Traktujemy z sympatią politeizm Greków i Rzymian, totemizm i animizm ludów pierwotnych, ale już krwawe obyczaje religijne Azteków napawają nas niekłamanym wstrętem wykluczającym tolerancję. Wychowani w europocentryzmie jesteśmy nieczuli na równorzędność odmiennych kultur, gdyż jesteśmy edukowani w tradycji podziału i gradacji kultur, na wyższe, do których zaliczamy naszą i niższe, dzikie, pierwotne, prymitywne, co zawiera w sobie negatywny osąd i etyczny, i estetyczny.

Idźmy dalej. Tolerujemy odmienność obyczajów wyrosłych z obcych nam tradycji kulturowych, choć nie uzyskują naszej aprobaty, stad nasza walka o prawa mniejszości do kultywowania i podtrzymywania odrębności.

Jednocześnie jesteśmy przywiązani do całego katalogu konwencji i norm obyczajowych, od najogólniejszych, przyjętych w naszym kręgu cywilizacyjnym, aż po zachowania zrytualizowane w obrębie jakiejś organizacji społecznej, instytucji, grupy zawodowej, związku ideowego. Uznajemy, że akces do grupy o skonwencjonalizowanym rytuale jest świadomy ograniczeniem wolności wyboru zachowania i jako członkowie tej grupy nie tolerujemy odstępstwa od statutu. Kiedy wszedłeś między wrony musisz krakać jak i ony. I tu właśnie zaczynamy zbliżać się do istoty problemu: jeśli przynależność do jakiejś skonwencjonalizowanej grupy jest świadoma, a nie wymuszona, zgadzamy się, że nasze rażące odstępstwo od konwencji nie będzie tolerowane.

Jeszcze jeden problem: czy powinniśmy tolerować to co bliskie, czy lepiej na odległość? NMN – Not My Neighbuor-hood – Nie w moim sąsiedztwie – żądają ci Amerykanie, którzy tolerują wyglądających, kochających czy zachowujących się inaczej, byle w oddali. Nie mam nic przeciw mieszanym małżeństwom – mówi tolerancyjny Amerykanin – byle moja córka nie wyszła za Murzyna.

Przechodzę do nietolerancji najgroźniejszej, bo zbrojnej w siłę władzy. W społeczeństwie, w którym władza wyznaje namiętnie jakieś opinie religijne i polityczne na mocy arbitralnych decyzji, że są to prawdy objawione i oczywiste, nie podlegające dyskusji, tolerancja jest pojęciem i potępionym. Domaganie się tolerancji dla własnych opinii religijnych i politycznych, sprzecznych z urzędowo głoszonymi, jest dla owej władzy niedopuszczalne. Jakże można – twierdzi ona -tolerować głoszenie fałszu i jawnego kłamstwa? Jakże zezwolić, aby naród oszukiwać twierdzeniem, że czarne jest białe i odwrotnie? Tolerancja bowiem – twierdzą dalej -prowadzi do moralnego relatywizmu, gdy dobro i zło zależy wyłącznie od przyjętego systemu wartości i prowadzić może do akceptacji antywartości.

Gdziekolwiek występowała i występuje nietolerancja władzy, tam mamy z reguły do czynienia ze sferą religii lub polityki. Mówiąc wprost: doktryny religijne i polityczne są irracjonalne, bo ich jedynym argumentem jest głęboka, namiętna wiara ich wyznawców. Religia i polityka sprawują władzę nad emocjami, kierują ludzkimi uczuciami, nad którymi rozum nie panuje. Stąd powstała ongiś kategoria jakże nieostra i dowolnie interpretowana, a mianowicie „crimen laesae majestatis” czyli zbrodnia obrazy majestatu,
gdyż majestat ten nadany został przez Boga. Gdy władza utraciła boski patronat „crimen laesae majestatis” przekształcono w „obrazę uczuć religijnych”. Są to wyłącznie uczucia wywodzące się z tej religii, którą wyznaje władza. Dyrektywa „cuius regio eius religio”, czyje rządy, tego religia, bynajmniej nie jest historycznym przeżytkiem.

Gdyby religia byłą nietolerancyjna wyłącznie w sferze swej dogmatyki, czyli podstawowego kanonu wiary, to pół biedy. Każda organizacja wymaga wszak od swoich członków respektowania swojej konstytucji. Bieda zaczyna się wtedy, gdy dana religia podejmuje daremny trud wyrokowania na podstawie swych świętych ksiąg o prawdzie bądź fałszu ustaleń naukowych, negując te osiągnięcia, które są sprzeczne z przekazem mitycznym. Co gorsza, w ślad za podważaniem prawd i ustaleń naukowych i wstawianiu w ich miejsce irracjonalnych przekonań, fundamentaliści religijni domagają się wyłączności nauczania swoich mitów, i wynikających z nich ustaleń fizykalnych, biologicznych, a także socjologicznych, co zagraża publicznemu porządkowi, bo jest dezinformacją a tego już tolerować nie można.

Wszystkie wojny religijne, wszystkie zbrodnie masowe były i są popełniane w imię zwycięstwa jedynej, irracjonalnej prawdy – religijnej bądź politycznej. Wszystkie wynikają z nietolerancji. Natomiast tolerancja w granicach zdrowego rozsądku, a więc tam, gdzie nie ma namiętności i gwałtownych uczuć prowadzić może wyłącznie do pokojowych sporów, dyskusji na argumenty, przy skłonności obydwu stron konfliktu do kompromisu.
Nietolerancja zna tylko jeden sposób rozwiązywania konfliktów: przez narzucanie swoich racji siłą. Tolerancja zna też tylko jeden sposób: dialogu, sporu na argumenty racjonalne. Ludzie tolerancyjni nie będą twierdzić, że ich poglądy i zachowania są jedynie słuszne. Są otwarci na krytykę i skłonni do zmiany postaw, jeśli zostaną przekonani rzetelnymi argumentami racjonalnymi, że błądzą, jeśli nie – pozostaną przy swoim. Chodzi tylko o to, aby w każdym konflikcie przekonań i opinii obydwie strony przejawiały względem siebie szacunek, jako do równoprawnych partnerów. Szanowanie czyjejś godności jest gwarantem rozumnej tolerancji.

Tekst ukazał się w czasopiśmie “Wolnomularz Polski” nr 23-24.

Wpisał: Konrad D. Thurn
19.10.2005.